Ile przyjaciela jest w wrogu…?
Nie wiemy, w jakim stopniu człowiek człowiekowi jest wrogiem, a w jakim przyjacielem (Antoni Kępiński)
Wróg jest ważną postacią w życiu człowieka, ale postawa jego, co najmniej dwuznaczna, zarówno w realnym jak i przenośnym tego słowa znaczeniu.
Niby się go nienawidzi, a może jednocześnie bardziej kocha niż najlepszego przyjaciela mogłoby się pomyśleć….? Powiedzmy pojęcie kocha w sensie chemii i wydzielania hormonów jest pojęciem względnym…?
Z pewnością można by porównywać energetyczną wartość myśli o przyjacielu i o wrogu, przy czym ta energetyczna wartość wroga byłaby większa. Hm, …ale ponieważ nie wiem czy możliwy jest w praktycznym wydaniu jakikolwiek energetyczny pomiar myśli, więc jest czystą utopią, co ja tutaj sobie wypisuję. Choć niech pomyślę napięcie wewnętrzne zawsze wzrasta, pod wpływem wydzielania adrenaliny, więc może poziom adrenaliny mógłby być miarodajny podczas mierzenia napięcia myśli o przyjacielu, jaki i o wrogu.
Niby z prostego założenia taki wróg działa na szkodę przeciwnika. Na krótką metę jest takie stanowisko pewnie słuszne, ale nie zapominajmy, o ewentualnym długotrwałych konsekwencjach, a także o tym, że zło i dobro niewidzialną granicę mają, a przeciwieństwa są tym samym, przy zmianie punktu widzenia.
Hm…, ale jak jest naprawdę i czy można tutaj o jakieś prawdzie mówić…?
Jednoznaczne i znaczące przynajmniej dla mnie, jako praktyka jest to, w czy wróg nam pomaga, a w czym nam przeszkadza…? Czy oby to przeszkadzanie jest rzeczywistym przeszkadzaniem, a może do życia pobudzaniem i wyławianiem ukrytych w nas pokładów, talentów, wiedzy, czy też realizacji własnych potrzeb…?
Systematyka życia ułatwia zdecydowanie to sam życie, ale tylko do czasu, kiedy nie będziemy konfrontowani z nieobliczalnością sytuacji i nieuporządkowanymi okolicznościami.
Człowiek szufladkuje rzeczywistość nadając jej określony charakter. Raz nadany charakter w systemie nawyku można by powiedzieć ma takim pozostać w sensie dobrego lub złego, ładnego lub brzydkiego, mądrego lub głupiego…itd., jako stan stały, nie zapominając, że taki stan najchętniej kontrolujemy szukając przy każdej nadarzającej się okazji potwierdzenia swoich przekonań.
Człowiek raz zaszufladkowany do kategorii zły, taki ma pozostać, a ewentualna zmiana w systemie widzenia własnej rzeczywistości nie jest chętnie dostrzegana, a wymuszona sytuacja przez nieoczekiwane okoliczności może doprowadzić do własnego dyskomfortu.
Interesująca jest postawa ludzi twierdzących, że tylko dobro rozprzestrzeniają, przypisując jedynie innym zły charakter, pozornie oczywiście…., bo nie chcą się ze złą postawą identyfikować, choć zło i dobro egzystuje obok siebie w każdym z nas. Dramaturgii życia od tej przyjemnej strony, strony przygody każdy z nas chce doznać, z tym, że jak w każdej dobrej przygodzie życiowej bywa, bez dramaturgii przygoda byłaby tylko nudna i marudna, a bez złych i dobrych charakterów tylko w połowie tyle warta, ile może być warta, przepleciona dramaturgiczną niteczką, nie zmienia to faktu, że nikt nie chce się identyfikować z tym złym charakterem występującym w przygodach życiowych.
Czy posiadamy kontrolę nad naszym życiem i nad naszymi przekonaniami …być może tak, a jeżeli, to w określonych granicach ważyłabym się twierdzić? Tylko, co się stanie, jak los przy w jakiś tam niekontrolowanych warunkach narusza, to postanowione odgórnie przez nas stanowisko…?
Najpóźniej tutaj zaczynamy usilnie kontrolować sytuację szukając zapewnienia, a może potwierdzenia i ratunku, że nic się nie zmieniło, a kiedy tracimy kontrolę nad sytuacją i się okazuje, że się jednak zmieniło zaczynamy szukać przyczyny…? Dobry boże, a któż w takiej sytuacji pomoże..? Wróg – jest najlepszym rozwiązaniem.
Dobrze jest mieć wroga i to najlepiej nie byle, jakiego, takiego równego sobie, którym można wytłumaczyć nieoczekiwane zbiegi okoliczności, takiego, którego można obarczyć wszelkim złem, o ile to jest tylko i wyłącznie złem. Przy czym, aby obliczyć stosunek przyjaciela w wrogu, należałoby się zastanowić, na ile wróg ma w swojej postaci wroga być zakonserwowany, a na ile można jego właściwości do celów rywalizacji wykorzystać, bo jeżeli się w rywalizacji widzi tylko zagrożenie i rasowego wroga, skazanego na wyniszczenie, to nic dziwnego, że taki stan związany jest z wojną i agresją. O ile we wrogu widzi się możliwości do rywalizacji i własnej realizacji, a ta jest motorem napędowym do wielu działań w sensie praktycznym, emocjonalnym, fizycznym czy też intelektualnym to myślę, że w takim wypadku łatwiej jest spekulować w kategoriach: ile jest przyjaciela w wrogu…?
Jaki z tego wniosek, nie zwalczaj wroga swego, a traktuj go jak bliźniego swego, bo o ile nie jest postacią psychopatyczno-patologiczną, lub ciebie nie skazał tylko na wyniszczenie, to jest gwarantem postępu dla każdego …innego, ale własnego?
Jeśli już macie wroga, nie odpłacajcie mu dobrem na zło – to, bowiem by zawstydzało. Lecz dowiedźcie, iż uczynił wam coś dobrego(Fryderyk Nitsche)
Posted on 28 Listopad 2010, in filozofia, humor, myśli, Natura, Psychologia, Szczęście and tagged moja filozofia, przyjaciel, Psychologia, Szczęście, takie sobie gadanie, utopia, wróg. Bookmark the permalink. 14 komentarzy.


Witaj Dorotko:* Właśnie wróciłam z długiego spaceru a tu taka przemiła niespodzianka!:) Na dodatek jak tutaj u Ciebie pięknie! Aż się zawstydziłam swojego szaro-burego bloga. Najwyższy czas aby wziąć z Ciebie i Mary przykład i zmienić scenerię tego swojego wirtualnego “pokoiku”:)
Pora jednak na komentarz…:) Przeczytałam z wielką uwagą i zainteresowaniem Twój mądry i przemyślany post i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to nasza ludzka skłonność do szufladkowania ludzi. Fakt, potwierdzony zresztą naukowo, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie i to wówczas następuje zazwyczaj owo zaszufladkowanie.
Ale nie możemy zapominać o tym, że życie to droga i nikt z nas nie stoi w miejscu. Wizualnie łatwo to sprawdzić: wystarczy przejrzeć chociażby własne albumy i gołym okiem widać, jak bardzo się zmieniamy. Większość z nas zajrzała choćby raz na Naszą-Klasę. Pomyśl, ilu ludzi tam nie rozpoznałaś. Ludzi, których kiedyś znałaś bardzo dobrze, bo spotykałaś się z nimi codziennie przez wiele długich lat. I gwarantuję, że wielu naszych dawnych codziennych znajomych i przyjaciół również i nas nie rozpoznało.
A przecież człowiek tak naprawdę istnieje w środku! Ciało, to tylko …okrycie, fasada nas prawdziwych. Więc skoro nasze zewnętrze ulega aż tak drastycznej przemianie, to wprost trudno sobie wyobrazić jakim kolosalnym zmianom ulegasz Ty, ja, ona, on, ono każdej chwili każdego dnia. Przeczytana książka, artykuł, obejrzany film, rozmowa, przejście przez miasto itp., to wszystko nas zmienia, dzięki temu wciąż ewoluujemy ale też i ewaluujemy – nigdy nie wolno o tym zapominać. Dlatego szufladkowanie jest kretyństwem, które obraża nas podwójnie, bo oznacza, że sami nie potrafimy logicznie myśleć i po drugie, że np. nasza niania wciąż sądzi iż umiemy tylko zabawę w “kosi kosi łapci”
Ludzie wciąż się zmieniają: policjant może okazać się złodziejem a złodziej policjantem. Jutro zaś może być na odwrót:)
Nie zgadzam się tylko z jednym: prawdziwy przyjaciel nigdy nie zamieni się we wroga. A jeśli się zamieni, to znaczy, że tak naprawdę nigdy nie był naszym przyjacielem.
Miłość, przyjaźń – to uczucia z najwyższej półki, tzw. uczucia wyższe. Dlatego nigdy, przenigdy ktoś, kogo kochałam ani kto był moim prawdziwym przyjacielem nie stanie się moim wrogiem, bo wówczas straciłabym szacunek do samej siebie.
Noblesse oblige w życiu naprawdę obowiązuje. Myślę tu o szlachectwie duszy.
Masz rację w tym, że tzw. “wrogowie” są w życiu potrzebni…:) Chociażby po to, żeby móc przejrzeć się w nich jak w lustrze… Paskudny obraz. Krzywe zwierciadło… a jednak trzeba mieć odwagę cywilną i powiedzieć sobie: “Tak. Taka też bywałam.” Mmmm, przyznaję… Szczególnie okrutna i bolesna to lekcja ale “czyniąca nam wiele dobrego” jak to powiedział zacytowany przez Ciebie Nitsche, którego pozwoliłam sobie na koniec lekko sparafrazować:)
I już jako absolutne zakończenie tego skandalicznie długiego komentarza (czyli u mnie normalka /lol/) kolejna parafraza: “Boże, strzeż mnie od (fałszywych) przyjaciół, bo z wrogami sama sobie poradzę”.
Czego i Tobie, Dorotko, życzę:)
Pozdrawiam Cię bardzo bardzo cieplutko i serdecznie:***
Witaj Magdo :-)
Być może szufladkowanie jest kretyństwem, chciałoby się nawet powiedzieć, że nim jest tym kretyństwem, ale jest jednakże faktem dokonanym, co więcej potwierdzonym naukowo, który niestety jest realizowany praktycznie w rzeczywistości. Ktoś, kto nie lubi zmian, a większość z nas ich nie lubi, trzyma się naszych utartych lub ulubionych stanowisk w danej kwestii, dróg, ludzi . Łatwo jest taki fakt poddawać dyskusji, jeżeli się rozważa się taką kwestię teoretycznie. Inaczej jest w praktyce, czasem musi wiele czasu upłynąć i wiele musi się wydarzyć, abyśmy zmienili podejście do sytuacji, do człowieka, szczególnie, jeżeli chcemy praktycznie udowodnić, że ta sam sytuacja może być przekleństwem, jak i błogosławieństwem .Wiem coś o tym, bo na codziennie pracuję z dużą ilością i różnych wiekowo ludzi i aby zmienili, choć w małym stopniu swoje stanowisko( to moja ostania łamigłówka w realu), muszą mnie, jako zwierzchnika zaakceptować, a od akceptacji, do choć małych zmian jest jeszcze daleka droga i wcale nie jest ona łatwa. Zaszufladkowanie sytuacji, ludzi, wydarzeń jest zdecydowanie powszechniejsze niż się wydaje.
Od zawsze miałam problem z określaniem, kto jest, kto…, bo przyjaciel okazywał się wrogiem, a wróg przyjacielem.. choć nie zawsze było to regułą. I choć taka klasyfikacja wydawała mi się paradoksem, nie jest paradoksem, a może jest…?
Jakieś dobre 10 lat temu pewnie mogłabym napisać rozprawkę. Ile w przyjacielu jest wroga, ale mi przeszło, co więcej pewnie nudne by było ponowne rozpatrywanie kwestii, które nie są adekwatne do moich obecnych przemyśleń, zdecydowanie ciekawsze dla mnie jest rozpatrywanie ile przyjaciela jest w wrogu. Choć szczerze mówiąc nie podjęłabym się takiej stanowczej klasyfikacji, bo myślę, że skrajne i ekstremalne warunki życia przyczynią się w dużej mierze, do tego czy przyjmiemy postawę wroga, czy przyjaciela
Ale tak się jakoś dziwnie dzieje już od dłuższego czasu, że moi wrogowie do rangi przyjaciół awansują, jakiś cudem ostatnio mi się to udaje, a to zdecydowanie przyjemne jest to doświadczenie, choć pewnie z tym określeniem przyjaciele również byłbym ostrożna, ale awansują do osób sprzyjających, wspomagających.
A wróg w zasadzie prawdziwym przyjacielem jest o ile ma się odwagę przyjrzeć mu, jak w lustrze sobie, a rywalizacja z nim, o ile nie jest skazana na totalne wyniszczenie jest wzbogaceniem. Bez tego wroga i rywalizacji z nim nie było by postępu :)
Pozdrawiam również serdecznie :-)
Moje gratulacje Dorotko! To postawiłaś arcyciekawy problem do dyskusji. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, ile przyjaciela jest w moim wrogu. Zresztą pojęcie wróg też jest skomplikowane. Bo nic w świecie nie jest tylko czarne, albo tylko białe. Kiedy ktoś staje się moim wrogiem? Gdy działa na moją szkodę? Bo to, że kogoś mniej lubimy nie oznacza jeszcze wrogości. Skoro działa na moją niekorzyść, to zmusza mnie do reakcji. I chyba właśnie od tej reakcji zależy, czy działanie wroga okaże się korzystne, czy tak może nie całkiem. Jeżeli zareaguję “ucieczką”, wyjściem na nowe pola, rozwojem, to działanie wroga w podsumowaniu może się okazać korzystne (nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło). Jednak jeżeli moja reakcja na ruch wroga będzie “autodestrukcyjna”, to w konsekwencji wróg okaże się BESTIĄ. Cdn.
Dzięki za gratulacje… kurcze zawstydziłam jak pierwszy raz przeczytałam ten tekst ;) No nic pomyślałam sobie, to teraz muszą mi już gratulować, jak coś stworzę, …do czego to doszło z moim lenistwem, ale nie miałam weny…, czy coś takiego, ale przeczytałam dalej i się uspokoiłam ;)
Właśnie teza stoi, jeżeli ktoś, kto jest mianowany do roli wroga, działa na niekorzyść, przynajmniej tak z definicji by wynikało, choć nie pokusiłam się o definicję, wroga, a tym bardziej o definicję przyjaciela, to takie działanie wymusza kontr działanie, jak słusznie zauważyłaś. I dokładnie od tego własnego działania zależy niekorzyść lub ewentualną korzyść wpływu wroga…hm…to w taki razie może jednak przyjaciela…?
Ciągnąc dalej moją wypowiedź: Wróg zdeklarowany nie jest problemem. Można go wyeliminować ze swego życia, bez pardonu opuścić, odejść. Problemem jest przyjaciel, który działa jak wróg. Tu nim cokolwiek uczynimy musimy zrozumieć… I nie jest to łatwe, bo trzeba zobaczyć wroga tam, gdzie wydawało nam się, że go NIE MA.
Tu jesteśmy o wiele bardziej bezbronni, chyba, że nikogo nie będziemy darzyć zaufaniem bezgranicznym (tak, jak darzy się prawdziwego przyjaciela), wtedy nie doznamy żadnych rozczarowań, ale też nigdy nie będziemy się czuli prawdziwie bezpieczni w kontaktach z innymi ludźmi, a brak zaufania do kogokolwiek będzie skutkował patologiczną nieufnością i zamknięciem się przed innymi , czyli chorobą.
Pewnie, że nikt nie jest tylko dobry, albo tylko zły. Każdy w sobie nosi oba pierwiastki. Zaryzykowałabym twierdzenie, że u każdego z nas jest tyle samo dobra, co zła. I to, który pierwiastek bierze górę zależy od okoliczności, miejsca i czasu, od relacji, jakie nas wiążą z innymi (nikt nie jest samotną wyspą :D).
Pytanie, czy szukać przyjaciela w każdym wrogu, albo wroga w każdym przyjacielu? To muszę przemyśleć :)
Bezgraniczny brak zaufania może być tak samo zgubny jak nadmiar zaufania, nie ma złotego środka, ile zaufania możemy podarować i na ile nie zostaniem zawiedzeni, lub odwrotnie na ile nam zaufano, a na ile my nie zawiedziemy. Myślę, że to jest sytuacja wręcz nie rozwiązywalna. Faktem jest, że zgubnym jest przyjaciel, który działa jak wróg, choć ja przy tej okazji ważyłaby się postawić tezę, że wiele zależy od tego na ile sami dajmy przyzwolenie, bo ten sam wróg może nas w dołek wpędzić, jak i z dołka wyciągnąć, ale i przyjaciel może mieć taką samą funkcję do spełnienia, bo nie oszukujmy się, nad nieobliczalnością sytuacji pochodzącej z zewnętrznych warunków nie zawsze się da panować i to bez względu, czy jest się w roli wroga, czy tez przyjaciela. Ostatecznej pewności nigdy nie ma .
Tak, tak to bardzo interesujące i nęcące pytanie: Ile jest przyjaciela w wrogu, albo wroga w przyjacielu. I z pewnością to pytanie jest nierozwiązywalne, ale mimo wszystko fajnie jest pogdybać :)
Zaraz, zaraz…teraz to wy obie więcej stworzyłyście niż ja…? A ja sobie tylko tak dla przyjemności gadania coś tam skleciłam, bo mi wstyd było…chyba…?
Za jakąś chwilką spojrzę dokładniej :)
Dorotko! ja tu wielce rozważam, a Gosieńka jednym komentarzem załatwiła sprawę :) BO PRAWDĘ NAPISAŁA!!!! Prawdziwy przyjaciel NIGDY nie stanie się wrogiem. Jeżeli się stanie, to nie był naszym przyjacielem i tylko możemy mieć wtedy żal do siebie, że w porę nie rozpoznaliśmy. Pewnie, że czasem przyjaciel zawodzi (jest tylko człowiekiem), ale nie stanie przeciw nam. Jest z nami na dobre i na złe. Może na to złe bardziej niż na dobre. Tak ja postrzegam przyjaźń.
– - – -
Widzisz jak mnie temat poruszył? Zapomniałam o dobrych manierach! Nie przywitałam się nawet! PRZEPRASZAM. A wystrój bloga jest bardzo ładny i subtelny. Ciepło tutaj :)
Za to nadrobię zakończeniem:D Ślę moc uścisków i serdeczności.
Właśnie. Bardzo dobry tekst. Przyjaciel nigdy się wrogiem nie staje. Kazda na pozór wroga sytuacja ma swój sens i drugie dno.
Na szufladkowanie już nic nie da rady, leży to w ludzkiej naturze i już. Trzeba się z tym pogodzić i nie przejmować. Przecież każdego człowieka szufladkuja…. A czy slusznie? To jest jak z obrusem. ten jest na swieta, a tamten nadaje sie wylacznie na stolik pod grilla. Albo czy pajak sobie nogi z du…y powyrywa bo w wiekszości budzi odrazę? Nie bo jest soba. Jedni go nie cierpia a inni ważaja za bardzo pożytecznego stworka.
Pozdrawiam serdecznie z zimowego P.
Taaa…to teraz oprócz zaszufladkowania formy „przyjaciel i wróg” wprowadźmy jeszcze pojęcie „przyjazna sytuacja i wroga sytuacja”…choć kto wie , może i jest sensowa.
Jestem przekonana, że pojęć jest nieskończenie wiele. I można je mnożyć na wiele sposobów.
Ale czegoś takiego jak “wróg” czy “przyjaciel” nie ma. Wszystko przecież dla człowieka zawsze jest tylko lustrem. Weźmy choćby taki przypadek jak pierwsze zmarszczki, siwe włosy, czy wielgachnego pryszcza na środku nosa. Zaraz się intensywniej w siebie wpatrujemy, tuszujemy, leczymy, a poza lustrem, spoglądamy ludziom w oczy, czy aby jakoś dziwnie się nam nie przyglądają, zwłaszcza tym co nas dawno nie widzieli, jak jeszcze zmarszczek nie mieliśmy ;) Po prostu nie czujemy się już tak komfortowo jak kiedyś.
Pryszcz – wróg, Make Up – przyjaciel.
Ale najważniejsza jest przecież akceptacja dla tego co nam się widzi złem, jak pryszcz na nosie przed ważnym spotkaniem, bo przecież cobyśmy nie zrobili to i tak będzie go widać z pod warstwy pudru, a i plasterek też nie jest idealny, bo każdy się zaraz zastanawia, co tam masz, co ci się stało w nosa itd. ?
Myślę, że takie pojęcia jak “wroga sytuacja” czy “przyjazna sytuacja” można zastąpić jednym słowem, akceptacją, po prostu.
Pozdrawiam :)
ps. co nie oznacza oczywiście, że trzeba kochać pryszcza czy zmarszczki.
Akceptacja wynika z pierwszej linii z tolerancji tak ….? Czy tak mi się tylko wydaje? Można pewne rzeczy tolerować w imię spokoju, pokoju , aby unikać kontrowersji, co nie znaczy, że na dłuższą metę można taki stan zaakceptować.
Tolerancja i akceptacja to dwa różniące się pojęcia. Nie da się wszystkiego zaakceptować i wszystkiego tolerować.
To tylko i wyłącznie abstrakcja w imię spokoju społecznego i jakiegoś tam jeszcze ;) To taka sama abstrakcja jak pojęcie wróg i przyjaciel. Hm… z mojego filozoficznego punktu widzenia pewnie podpisałabym się pod hasłem, że nie istnieje pojęcie wroga, jak i nie istnieje pojęcie przyjaciela, a jest to jest abstraktem szufladkowania natury człowiek chcąc mu nadać jakiś tam konkrety charakter. No tak i wszystko w zasadzie w imię spokoju można jakiś czas tolerować i akceptować, jednakże dopóki człowiek nie poczuje się zagrożony w swojej skórze, najpóźniej wtedy zaczynamy szufladkować, czy wróg, czy przyjaciel stoi obok nas. Bo jeżeli nie przyjaciel to wróg, a jeżeli nie wróg, to przyjaciel, a na pewno to jakiś procent przyjaciela musi w nim być, kurcze, a wszystko w imię spokoju, pokoju. Zastanawiające jest na ile akceptacja akceptacji jest lekarstwem na kontrowersyjną sytuację, czy może brak akceptacji jest bardziej leczącym środkiem. Bunt czasem wiele zmian jest w stanie wprowadzić, a akceptacja nie musi być równoważna z podporządkowaniem się i bezwarunkowym zaakceptowaniem stawianych warunków. Ja nadal pozostaje przy swoje ulubionej tezie, że aby wyjść z sytuacji kontrowersyjnej, akceptacja o ile jest hasłem przewodnim, to musi być aktualna dla obu stron… hm… tylko jak to zrealizować w praktyce…?
Właśnie tak :) Każdy widzi sprawy po swojemu. Ma wybór.
A propos różnic pomiędzy pojęciami, “akceptacja” i “tolerancja” i tego co napisałaś, że wszystko można tolerować do jakiegoś czasu. I masz racje. Bo na przykład do jakiegoś czasu tolerujemy nasze zmarszczki i pojedyncze oznaki starości , żeby po jakimś czasie, musieć się z nimi pogodzić i je zaakceptować . I masz racje ze wróg to nie przyjaciel. To ze po uderzeniu batem, odkrylismy ze mamy na tyłku obok uderzenia coś, co okazuje się być rakiem, nie oznacza, ze ten kto uderzył jest naszym przyjacielem.
Można byłoby tak filozofowac, bez konca, ale póki człek ma wybór , niech korzysta. I niech filozofuje, od tego one są, te nasze kochane blogi :-)
Pozdrawiam :)
:-)