Archiwa tagu: symbole

Znaki, znaki…

Zajrzałam dzisiaj z rana do statystyk tej strony, zwracając uwagę na kogoś, kto chyba przez przypadek trafił na moją stronę. W adresie miał taki fragment „bba.fenics.jp” i pochodził z Japonii.

Feniks skojarzył mi się szybko z dzieciństwem.

W dzieciństwie czytałam różne bajki, miałam jednakże swoje dwa ulubione tomiki.

Jeden, który podczas pobytu na feriach u babci pożyczyłam jej sąsiadowi, a ten mi go nie oddał. Ja będąc dzieckiem nie potrafiłam się wtedy jeszcze głośno o swoje upominać. Tak, ten fakt mi bardzo utkwił w pamięci. Nie pamiętam dokładnie ani autora, ani tytułu tej książki, ale w tytule była mowa o czymś diabelskim (dziwne, że to pamiętam), miała czarno – białą okładkę z czerwonymi dodatkami (może, dlatego tak lubię kolor czerwony) i wieczorami lubiłam sobie na chybił trafił wybrać jakąś bajkę i się nią delektować. Jedyne pocieszenie po tej stracie było takie, że w zasadzie już wszystkie bajki wtedy przeczytałam, choć chętnie wracałam do niektórych z nich. W latach dzieciństwa książka ta stanowiła swoisty skarb, strata wtedy bolała, a dzisiaj chciałabym się dowiedzieć, jaki był jej tytuł, kto był jej autorem … i chyba chciałabym ją ponownie przeczytać.

Po tym dostałam inną, równie ciekawą, a mianowicie Edmunda Puzdrowskiego „Bursztynowe drzewo”, ta w zasadzie powinna gdzieś w zbiorach młodszych pokoleń rodzinnych  jeszcze istnieć. Tak to był cudowny zbiór baśni kaszubskich. Najpiękniejsza z nich…, która mnie sporo czasu w dzieciństwie fascynowała i chyba ją najczęściej  czytałam, to była  „O tym, jak krawiec Stolema zwyciężył“. Piękna baśń, właśnie udało mi się ją znaleźć w zbiorach internetu i odświeżyć sobie pamięć o przebiegłym krawczyku.

phoenixDlaczego o tym piszę… sama jeszcze nie wiem dokładnie, może, dlatego, że w obu pozycjach bajkowych często pojawiała się postać feniksa. Wtedy jakoś nie mogłam zrozumieć, kim bądź, czym jest feniks. Nie wiedziałam i nie rozumiałam, czy takie ptaki naprawdę istnieją. Wiedziałam za to jedno, tak jak były przedstawiane na bajkowych obrazkach były piękne, olbrzymie, kolorowe, fantastyczne. Zawsze bardziej w dzieciństwie intrygowała mnie  nazwa jak i sama kolorowa postać, niż rola, jaką odgrywał feniks w którejś z bajek. Rola tego ptaka w bajce mnie nie interesowała, sama obecność mi wtedy wystarczała.

Jakby mi ktoś w dzieciństwie wytłumaczył, że feniks jest symbolem nieśmiertelności i zmartwychwstania pewnie patrzyłabym ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Dzisiaj bardziej świadomie porównując jego wygląd i prezentację, także na pamiętnych obrazkach w bajkach bardziej przemawia do mnie takie tłumaczenie symboliki tego ptaka. W moich wspomnieniach z bajkowych obrazków pozostał, jako złoto – kolorowy ptak wznoszący swoje skrzydła z ognia do góry. Taka interpretacja symboliki   feniksa, jako ptaka odradzającego się z popiołu do życia jest dla mnie obrazowo jasna i logiczna, to takie symboliczne odnajdywanie z popiołu nowego porządku.

Tak na marginesie kiedyś podczas studiów mieszkałam w sąsiadujących akademikach o nazwie FENIKS i EDEN. Ciekawe skojarzenia …? Gra skojarzeń to fantastyczna gra.

Żabie opowieści

frosch-im-wasserTak, tak …z racji, że mieszkam na wsi, a zwierząt domowych nie posiadam…,  chyba w ramach równowagi, co jakiś czas zdarzają mi się różne historie … takie ze zwierzętami, które  same  przychodzą do domu i najczęściej same odchodzą.

Już kiedyś opisywałam historię o „Żabie i pieniążku”.  Żabie historie przybierają ostatnio na ilości. Mnożą się wręcz. Sama się temu dziwię, no, bo o ile na wsi ludzie najczęściej skarżą na gryzonie i myszy, mnie odwiedzają żaby. Żabie opowieści są hitem. W sytuacjach, kiedy w pracy panuje wielki stres, a ja wyciągam na światło dzienne moje historyjki, wszyscy wpatrują się jak zaczarowani. Dziwne – myślę sobie – jak taka jedna żabka może sytuację uspokoić.

Wszystkie żaby są małe, no oprócz tej z opowiastki o „Żabce i pieniążku”, która wpadła do piwnicznego szachu i racji niemożności wydostania się, ale wystarczającej ilości pokarmu i wody, podrosło jej się z lekka…, aż ją dzięki pieniążkowi, który mi tam wpadł, uratowałam.

Wędrując sobie najczęściej wpadają przez dziury krat, a te ostatnie wpadają do szachtu, który jest połączony z oknem łazienkowym. Nawet przykleiłam na to okno taką małą siatkę na owady, aby nie wszystko, co tam wpadnie od razu pakowało się do domu, ale na próżno. Niektóre zwierzęta są mądre i pchają się do ciepłego mieszkanka, tak, więc uda im się w jakiś sposób pokonać przeszkody. Tak to prawda, ciekawiło mnie jak one to robią…, jak one pokonują siatkowe przeciwności losu?

Dwie żaby, które się do domu wepchały… nie pytając o pozwolenie, utknęły w łazience, bo drzwi do mieszkania były zamknięte, tak, więc się w łazience rozgościły i skoki sobie urządzały. Te z lekka niezbyt przyjemnie potraktowałam. Odkurzacz przyniosłam i go odpowiednio przygotowałam.  Stały pojemnik w odkurzaczu z kurzu wyczyściłam, moc silnika do minimum zmniejszyłam, co by w locie się nie poturbowały i przeżyły, po czym żaby do odkurzacza wciągnęłam, Tak owszem, obie przeżyły. Wysadziłam je na trawę, wiaderkiem wody polałam, po czym się z kurzu otrzepały  i poszły sobie w swoją stronę.

W ubiegłym tygodniu wchodząc do łazienki zdziwił mnie biały wiszący cień na siatce do owadów w najsłabszym miejscu, przez które się inne zwierzaki przedostawały. A… to kolejna żabka się do wejścia na mój teren szykowała. Zamknęłam szybko z hukiem okno i żabka spadła… . Dziwne jakby wyczuwała, w którym miejscu jest najsłabiej przyklejona siatka, jakby wyczuwała, że jak chwilkę będzie swoją masą ciała właśnie w tym miejscu wisiała  to prędzej czy później otworzą się wrota do domku. Nic z tego, nie tym razem.  Płaza przepędziłam, choć  ciągle myślałam , że to gad…?

I tym razem wszyscy mojej opowieści słuchali ze zdziwieniem , radząc mi podjąć się kroków mających na celu ratowania życia żabce. W końcu wczoraj podjęłam się tej próby, ale żabki nie było … sama się uratowała, chyba korytarze podziemne wybrała, a może odkurzacza się bała.

Z słownika wyrazów obcych …

Przed świętami szperając w księgarni w jednej książek natrafiłam na pojęcie, które nie było mi do te j pory znane. Przynajmniej tak świadomie. Być może o nim słyszałam, ale nigdy się nim nie zajmowałam. Prawdopodobnie nigdy nie wydawało mi się ważne. Sama nie wiem, dlaczego grzebiąc w różnych materiałach nigdy na nie, nie trafiłam. Lubię obce i mi nieznane słowa, to jedne z ciekawszych i bardzo interesujących zagadek. Szczególnie takie, które brzmią intrygująco  i zapraszają w nieznane.

Eudajmonia – to pojęcie, które po przeczytaniu spodobało mi się i to na tyle, że od tej chwili zaczęło jak upiór krążyć mi po umyśle, znikając i pojawiając w chwili, kiedy sobie najmniej tego życzyłam. Czasem zatruwało mi to życie, a innym czasem pojawiło się pięknie brzmiąc mi w uszach jakby było swego rodzaju wyjątkową przyjemnością.

Jak w większości pojęć filozoficznych definicja tego pojęcia w zależności od czasów ewoluowała i różni filozofowie termin ten wiązali w różny sposób z odczuciem szczęścia, dobrym samopoczuciem, ze wzrostem i sukcesem. To już jest coś -  pomyślałam –  czytając po raz pierwszy, co nieco na temat znaczenia tego słowa.

Dla jednych poczucie szczęścia ogranicza się jedynie do odczuwania efektów końcowych i zyskach, szczególnie hedoniści, którzy za najwyższe dobro uważają rozkosz i przyjemność. Tu liczy się efekt końcowy.

Dla innych poczucie szczęścia związane  jest z drogą, którą dochodzili do szczęścia.  Eudajmoniści różnili się wprawdzie w definicji pojęcia, na którym rozprawiali, jedno mieli wspólne, w swoich rozważaniach brali pod uwagę drogę, po której dążyli do szczęścia. Każdy z nich proponował inną drogę do szczęścia. Oni wiedzieli, że tylko i wyłącznie właściwe postępowanie zaprowadzi ich do satysfakcji i zadowolenia.

O ile szczęście jest najwyższą wartością i celem w życiu człowiek, eudajmonia jest rozumiana, jako stan zadowolenia i satysfakcji z własnego życia, ale poprzez pewien wysiłek, starania, poszukiwanie i dążenie do określonego celu.

Cóż mnie tak bardzo zauroczyło w tym pojęciu, chyba ten niezbędny wysiłek, który najczęściej związany jest z własnym i wyjątkowym dla każdego potencjałem, który pozwala marzyć, uruchamiając w ten sposób pragnienia, cele i działania w dążeniu do realizacji własnych potrzeb. Człowiek czuje się najlepiej wtedy, kiedy w pełni wykorzystuje swoje zdolności, nie tylko w chwili osiągnięcia efektów ostatecznych, ale w chwili przebywania w stanie flow (przepływu) zapominając o czasie wykorzystując w maksymalnie możliwie skomplikowany sposób swoje talenty, czyli to, co kocha i lubi, z czym się czuje dobrze jakby to było jego druga naturalną skórą.

I choć moje filozofowanie na ten temat pojęcia eudajmonii nieco odbiega od zróżnicowanych definicji filozofów, podoba mi się przyłączenie stanu, „flow“, jako jednej z możliwych dróg do osiągnięcia stanu szczęścia. I z pewnością nie chodzi mi tu o doznanie szczęścia i ocenę jego z perspektywy czasu, jak na nie patrzyli Platon i Sokrates, ale jak najbardziej chodzi mi tutaj o odczuwanie szczęścia z małych powodów, być może pozornie niewiele znaczących…, a  najlepiej każdego dnia.

Pod znakiem ważki

Lekarka Emily  ginie w wypadku autobusowym  podczas swojego humanitarnego pobytu w Wenezueli. Jej mąż Joe również pasjonat swojego zawodu rzuca się w wir pracy starając się zapomnieć o wydarzeniach w imię racjonalnych przekonań. Po wielu miesiącach nie udaje mu się to. Wydarzenie w jego życiu zdają się mu dawać znaki, obok których nie można przejść obojętnie. Spadające rzeczy, szalejąca papuga, dzieci z oddziału onkologicznego starające mu się przekazać informacje, bądź on sam ma wizje wskazujące na to, że małżonka jego próbuje nawiązać z nim kontakt, ale czy na pewno? Dzieją się różne rzeczy i na różny sposób pojawiają się we wszystkich znakach dziwne falujące krzyże, przypominające swoim kształtem ważkę, wodę, tęczę, wołające jednocześnie o zwrócenie na nie uwagi. Środowisko doktora Joe, nie jest zachwycone jego wizjami, tłumacząc ten stan, jako nieprzepracowaną żałobą , zawieszając go jednocześnie w obowiązkach zawodowych.

Odnalezienie sensu i znaczenia formy falowanych krzyży na mapie w miejscu, do którego wybierała się jego żona, zmienia stan rzeczy. Powstaje pytanie, czy jednak Emily żyje? W końcu nikt nie znalazł jej ciała. Joe wybiera się do Wenezueli i rzeczywiście z przewodnikiem znajduje miejsce, gdzie znajduje się wodospad z tęczą. Dyskusja mieszkańców wioski, spotkanymi przy cmentarzu, o tym czy powinni go zabrać do wioski, staje się dla Joe faktem dokonanym. Kiedy przewodnik namawia go do powrotu, Joe odnajdując wrak autobusu, w którym zginęła jego żona, ryzykuje swoje życie. Po uratowaniu go przez przewodnika, biegnie do zakazanej dla turystów wsi. Tu oczekuje go olbrzymia niespodzianka. Tubylcy rozpoznający Emily na zdjęciu przekazują mu jego dziecko, które Emily urodziła tuż przed śmiercią, a noszące znamię – ważki.

Przyznam, że to jest jeden z moich ulubionych filmów. Jeden z piękniejszych, jakie wiedziałam, ciekawy i tajemniczy, sporo w nim emocji,  a także dramatu z zakończeniem, którego na początku filmu nie można się spodziewać.

Oglądając go po raz pierwszy zupełnie „przez przypadek” pod tytułem ”Im Zeichen der Libelle”(swoją drogą ten tytuł wydaje mi się bardziej adekwatny do tego, o czym chcę pisać, niż polskie wydanie „Znamię“) w zasadzie nie oczekiwałam wiele, raczej miała być to lekka rozrywka na wieczór, ale tego dnia miałam wrażenie, że ten film jest jakby specjalnie dla mnie zrobiony i to pewnie z różnych powodów.

Jednym z tych decydujących powodów o mojej szczególnym zamiłowaniu do tego filmu był fakt, że wręcz podręcznikowy sposób zaprezentował tematykę, która mnie od lat fascynuje. A mianowicie tematyka docierania do informacji, które na najpierwszy rzut oka mogłyby mieć coś wspólnego z nadnaturalnymi zdolnościami, parapsychologią, bądź z mistyką, ale kończą się wręcz w empiryczno – logiczny sposób.

I rzeczywiście ten film można analizować wielowarstwowo.

Jednym z tych głównych aspektów, jakim zajmuje sie większość krytyków to kwestia, życia po życiu. Być może jest to ważny temat i pewnie interesujący dla tych, którzy w takie życie wierzą, ale nie dla realisty życiowego, jakim jest Joe, który żegnając się z pacjentką próbującą wcześniej odebrać sobie życie, tłumaczy jej, że jedyne życie, jakie istnieje to, to tutaj na ziemi. Czy fakty przedstawione w filmie zmieniają nastawienie Joe do tematyki życia po śmierci, czy też nie, nie dowiemy się w bezpośredni sposób. Jedynie, co jest w charakterystyczny sposób widoczne, to wędrówka po pojawiających się znakach, konfrontująca Joe z różnymi doświadczeniami.

Zastanawiająca jest dla mnie również teza wielu recenzentów tego filmu, o kontakcie osób żyjących z duchami zmarłych. Szczególnie w scenach, kiedy to dzieją się różne rzeczy, które jest trudno racjonalnie wytłumaczyć. Czy tak jest na pewno, nie wiem, ale wiem, że jestem daleka do tłumaczenia tego zjawiska w taki nadnaturalny sposób. Osobiście bliższa jest mi tematyka analizy tego zjawiska od strony osoby żyjącej i szczerze mówiąc,  nie bardzo interesują mnie doświadczenia z pogranicza śmierci. Życie jest mi zdecydowanie bliższe.

Być może reżyser bez wielkiej tajemnicy i grozy rzeczywiście chciał się zająć tematem życia po śmierci, a przynajmniej chciał temat czystego racjonalizmu postawić pod znakiem zapytania sugerując, że między ziemią, a niebem istnieje coś więcej, co nie koniecznie można naukowo wytłumaczyć, a co funkcjonuje. Czy to są prawdziwe informacje pochodzące rzeczywiście od zmarłej Emily, czy jest to praca umysłu, który pracuje w pozornie zagadkowy sposób, a raczej intuicyjny sposób poszukując rozwiązań dla męczących Joe pytań, pozostaje każdemu z osobna do ocenienia.

Osobiście jestem zdania, że bardziej chodzi tutaj o pracę własnej psychiki, szukającej rozwiązań dla powstałych problemów, aby móc zawrzeć z przeszłością pokój, pozwalający na dalsze życie, choć nie wszystko można  do końca racjonalnie wyjaśnić.

Symbolika pojawiająca się w filmie, która na początku wydaje wręcz mistyczna i nie zrozumiała, z czasem nabiera bardzo realnych barw, postrzegana pozornie abstrakcyjnie prowadzi Joe do zaskakującego rozwiązania.

To jest ta tematyka, która mnie od zawsze pasjonowała, na wskutek różnych własnych przeżyć i realnych doświadczeń. Podstawowe pytanie temu przyświecało w moich poszukiwaniach od wielu lat: Ile w tym jest mistyki (być może parapsychologii – choć ta dziedzina mnie jakoś najmniej zawsze porywała) na ile emocji, na ile racjonalnego umysłu, a na ile naturalnej zwierzęcej natury w człowieku i wszystkiego, co jest związane z fizjologią organizmu ludzkiego. Znaki, symbole, wizje, przeczucia to wszytko, na co jesteśmy uwrażliwieniu, a czego nam wręcz zakazuje nasz racjonalny intelekt, bo to takie niby pozornie nie logiczne. Na ile to wszystko jest sprawą umysłu, ściśle powiązanego z naturą , a w szczególności tego, co komu jest w życiu ważne.

Joe po symbolu falującego krzyża, które zinterpretował, jako ważka, wodospad, tęcza doszedł, być może nie do racjonalnie oczekiwanego celu, ale do czegoś, co podświadomie wyczuwał.

Dorwałam płochliwego złodzieja… :)

Od wczesnej wiosny, pojawiał się ktoś bardzo tajemniczy koło domu. Nowy to znajmy musiał być, bo nie znałam jego zwyczajów.

Ślady po sobie zostawiał, które w miarę upływu czasu drażniły niezmiernie, bo nie dość, że tegoroczne uprawy kwiatowe, w zasadzie z założenia miały być uboższe, uboższe w sensie braku czasu, aby troszczyć się o nowe i wyszukane sadzonki kwiatowe, uboższe – nie oznaczało, że nie życzyłam sobie, aby wyrosło to, co w piwnicy zimowało, czekało na kolejną wiosenną odsłonę i które w kolejności pieczołowicie pielęgnowałam.

Tak więc mój przybysz, systematycznie przychodził sobie do mnie w odstępie 3-4 tygodni, jak pojawiały się nowe pączki kwiatowe i zjadał ze smakiem to, co świeżego wyrosło. Nie dość, że zuchwale drapnął, co koło domu rosło, to nie zjadał byle czego, tylko najsmaczniejsze kąski kwiatowe, ale cóż można o złodzieju innego powiedzieć. Złodzieje mają to do siebie, że biorą co najlepsze i nie dziękują, nie pytają o to, czy mogą, a może zapłacić przystoi … nie, oni się sami obsługują, bo to im się należy … ? Co nie oznacza, że mogą tak do woli, pewnego dnia przychodzi zazwyczaj kryska na Matyska.

Najsmaczniejsze były kąski w postaci kwiatów nagietka i pelargonii, tylko te najpiękniejsze, najbardziej kwitnące, pachnące i dojrzałe.  A jak się porcja kwiatów skończyła, ukradkiem umykał do lasu, do swojego domku leśnego pozostawiając wszystko w pozornym porządku, tylko te łodygi święcące pustkami … i tak do kolejnych kwiatowych zbiorów. Doprawdy dziwne to maniery…, najsmaczniejsze były tylko te dwa rodzaje, ciekawe, co w nich było szczególnego…,inne także kwitnące  z przewagą zieleni, jakoś nie przypadły przybyszowi do gustu, ale nic dziwnego, w lesie pod dostatkiem zieleni, więc bierze się to, co najsmaczniejsze, wyszukane i wolno dostępne. Kolejne wizyty z czasem wołały o pomstę do nieba, bo sytuacja się powtarzała, po pojawieniu się nowych świeżych już tuż, tuż rozkwitających pączków kwiatowych, a te znikały po wizycie nieznajomego gościa. Aż do dnia dzisiejszego, kiedy z samego rana jakieś przeczucie poniosło mnie przed drzwi domu i pomyśleć, że ku mojego zdziwieniu siedziała sobie zaczajona sarna jakby czekała na tą chwilkę, kiedy może dopaść swojej ofiary kwiatowej, być może marzyły jej się ponownie smakołyki kwiatowe, które w końcu po kolejnych tygodniach rozrosły się w całej swojej okazałości. Rozsiadła się i czekała jak kocica polująca na myszki i myślałby kto, że płochliwa…? Moje gadanie – hej Mała spadaj, nie ze mną dzisiaj te numery, jak już, to musisz się ponowie pod moją nieobecność pojawić – a ona nic, zero reakcji, tylko się przygląda – jakaś oswojona, czy co… – pomyślałam. Nie pozostało mi nic innego jak pójść do domu po aparat fotograficzny. Podniosła się z gracją, odwróciła się, chyba nie dowierzała, że na próżno się tym razem na kwiatowe łowy wybrała,  a to przyglądała, jakby chciała powiedzieć w końcu zrezygnowana – no teraz jest już czas na zdjęcie, właśnie ci pozuję, tak, więc korzystaj z okazji, jak mnie już dorwałaś – po czym po pierwszym zdjęciu pomknęła w sobie znanym kierunku…