myśli · Natura · Sugestia · symbole · Szczęście

W kierunku fioletowej balustrady…

Było lato, wiele lat temu, ciepło, parno, duszno kiedy wybrałam się do pani doktor mającej zająć się moim problem. Wówczas był to problem niezwykłej wagi dla mnie, dzisiaj nie jest już ważnym problemem.  Nie znosiłam chodzić do lekarza, ale chyba nie było innego wyjścia, trzeba było szukać pomocy. Do dzisiaj pamiętam opowieści znajomej polecającej, jakość usług i porad pani doktor, nie wspominając o efektywności jej metod, a była ona nie tylko lekarzem medycyny, ale trudniła się także homeopatią. I pamiętaj opowiadała znajoma, przygotuj się na pytania, które cię doprowadzą do zawrotu głowy. Wtedy nie rozumiałam, o co jej chodzi, jakie pytania mogą mnie doprowadzić do zawrotu głowy. We wsi zgubić się nie możesz, podkreślała, to jedyny dom na tej ulicy, który ma fioletową balustradę przy wejściu. Rzeczywiście balustrada była fioletowa, jakoś gryzła się z całym domem, jakby projektant chybił z wyborem koloru tej balustrady, niby nie pasowała, ale była dla mnie na tyle intrygująca, że ją zapamiętałam, chyba nawet aż za dobrze zapamiętałam.

Wizyta zaczęła się tradycyjnie przy dosyć wielkim biurku, gdzie się siedziało w odpowiedniej odległości, przy którym zostały nakreślone podstawowe parametry mojego zdrowia. Przez pokój przewinęło się parę osób, jakby przeszkadzających w naszej rozmowie, a to jej mąż, a to pielęgniarki, a w międzyczasie ktoś zadzwonił. Moja cierpliwość dawała powoli się we znaki, po czym lekarka oznajmiła mi, że niezbyt przyjemna panuje u niej atmosfera w oficjalnym gabinecie, więc przeniesiemy się do pokoju obok, gdzie jest zdecydowanie ciszej.

Mały poboczny gabinet z biurkiem, przy którym siedziałyśmy prawie oko w oko. Białe biurko, białe krzesła, białe ściany, wszystko jasne, wręcz rażące bielą, jedynie sterta książek miała w sobie nieco różnych barw, a ona z małym kajecikiem siedząca oko w oko ze mną. Przeraziłam się, szukając możliwości odsunięcia krzesała do tyłu, abym mogła, choć trochę oddychać i zachować dystans. Niech pani się tu do mnie przesunie, jakby mi nakazywała swoją bliskość, ale  nim ja się obejrzałam, ona zaczęła snuć swoją opowieść, dopytując, analizując, może trochę wartościując, z czasem przyglądając się moim reakcjom. W międzyczasie miałam wrażenia, że mój problem, z którym do niej przyszłam stał się problemem drugoplanowym, a rozmowa z nią mnie zdecydowanie bardziej zainteresowała, tysiące pytań, które mi stawiała, niektóre znała z pamięci, a czasem sięgała do pamięci swojego kajecika. Różnorodności tych pytań była tak olbrzymia, że byłam zdziwiona, skąd zna te pytania, na które ja bym nawet nie wpadła.

Rozmowę zakończyła  twierdząc, że mój problem jest chyba nieco skomplikowany, więc nie będzie się ze mną za wiele bawiła zadając mi zadanie domowe, wręcz stanowczym i rozkazującym tonem. Patrzyłam nieco zaskoczona, bo przyszłam po diagnozę, a w kolejności chodziło o rozwiązanie problemu, a ona pomimo prywatnej wizyty i  z tym związanych prywatnych kosztów oznajmiła mi, że się nie będzie ze mną bawić, a ja się mam sama zająć swoim problemem…?

Jej kuleczki, którymi częstowała jak cukierkami na pożegnanie były wspaniałym rytuałem, choć patrzyła bardzo przeszywającym wzrokiem sprawdzając, czy aby zostały zjedzone .

Moje zadanie domowe polegało na zapisywaniu wszystkich snów, jakie będą się pojawiały się do kolejnej wizyty u niej. Nawet się wystraszyłam, bo miewam dosyć długie fazy, w których nic mi się nie śni, albo nie pamiętam, co mi się śniło . Co więcej z góry założyłam,  że jak wizyta odbędzie się za jakieś 6 tygodni,  to prawdopodobieństwo było dosyć wysokie, że nie będzie mi się nic śniło. Pewnie w obawie, że nie poradzę sobie sama z zadaniem, jakie mi naznaczyła, zaczęłam się tłumaczyć, może nadal szukałam pomocy, ale nie było zmiłuj się . Oświadczyła mi bardzo sugestywnym tonem, że nim się kolejnym razem u niej pojawię będzie mi się śniło, sporo śniło, nawet tak bardzo dużo śniło.

Tak też się stało, do dzisiaj nie wiem, czy to było przypadek, czy jej sugestywny ton nakazał mi śnić o moich problemach, ale pewnie to drugie miało zdecydowanie większe znaczenie. Zaczęłam zapisywać, co się dało, czasem się sama bałam tego, co mi się śniło, więc starałam się oszukiwać w moich notatkach, bo miałam wrażenie, że sytuacje pojawiające się we śnie były zbyt intymne, aby obce mi osoby miały tak głęboki wgląd w treść moich snów, a tym samym w moją psychikę. Po określonym czasie wybrałam się na kolejną wizytę do pani doktor.

Moja kolejna wizyta u lekarza polegała na zdawaniu relacji, z tego, co mi się śniło. I w  czasie, kiedy tak opowiadałam, a w głowie tliły mi się moje ukryte sny, (choć dla mnie nie zostały ukryte…, to naprawdę trudne zajęcie, oszukiwanie siebie), aż sama się przeraziłam, jak po raz pierwszy przy pomocy chyba instrukcji pani doktor zaczęłam sama sobie zaglądać do swojej psychiki, pojmując, choć trochę sens snów, chyba także poprzez skrajny sposób, w jaki się wtedy uwydatniały. Rozmowa tego dnia była krótsza, diagnoza mojego problemu jakby przestała mnie interesować, bo ta druga strona na temat techniki rozumienia, choć trochę snów była zdecydowanie bardziej pasjonująca. Doświadczenia tego dnia, a raczej krótkotrwałe doświadczenie głębi siebie, były na tyle drastyczne, że postanowiłam więcej do niej nie chodzić, choć dzisiaj wcale, a wcale nie żałuję.  Był to trudno okres mojego życia, a sny te problemy w znaczący symboliczny sposób uwydatniały. Moje notatki wzięłam z powrotem, aby je skrupulatnie w ciszy ponownie przestudiować, co było zapisane, ale i to co niezapisane. Jakież było moje zdziwienie, jak z biegiem czasu coraz dokładniej zaczęłam rozumieć sens tego, co mi się śniło w tamtych czasach, nie wspominając o problemie, z którego powodu się wtedy do niej wybrałam, a który się sam z czasem rozwiązał.

Dzisiaj po kilkunastu latach z rana przypomniał mi się dom z fioletową balustradą, ale tylko, dlatego, że po latach tym razem ten dom mi się przyśnił, a właściwie droga do tego domu, kiedy jechałam samochodem i musiałam się na skrzyżowaniu prowadzącym do tego domu zatrzymać, bo stał drogowskaz, tak inny od tych, jakie stają na drodze, co więcej był duży i drewniany taki z palcem wskazującym i napisem „Der Weg zum Glück” … i się obudziłam i nie wiem, co było dalej….?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s