Intuicja · Natura · Psychologia · Różne · symbole · Szczęście

Moje inspiracje w poszukiwaniach

Wiedza na temat, którym się od lat pasjonuję i zajmuję nie od zawsze była czymś oczywistym. Aby dotrzeć, do punktu, w którym mogłam powiedzieć rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, minęło wiele lat poszukiwań, a na początku wcale nie było to takie oczywiste, że chodzi tutaj o moją pasję. Były chwile, kiedy w zasadzie nie wiedziałam, o co chodzi, oprócz wielkiego chaosu, który wokół mnie panował, a czasem miałam dosyć poważne wątpliwości, szczególnie wtedy, kiedy coś mi zaczęło świtać, że to coś jest takie niezwykłe, bo parapsychologiczne. Ale kwestię parapsychologiczną, wyrzuciłam szybko za burtę, bo wydała mi się ot tak po prostu od samego początku mało poważna i absurdalna. Parapsychologią zajęłam się tylko i wyłącznie na początku, ale moje przeczucie  mnie szybko poinformowało, że szkoda czasu na te bzdury. Były chwila, kiedy pomyślałam, iż kompletnie straciłam rozum poprzez moje swawole zabawiania się czymś, co uznawano za grzech, piekło, szatana, za przynajmniej stało na liście zakazanych zajęć, to, co w ten czas określałam szaleństwem, dzisiaj można by określić schizofrenią. Ale moich przeczuć doświadczałam zbyt często, a co najważniejsze one się sprawdzały. Więc z zazwyczaj po krótkiej trosce o stan mojego zdrowia, jak za dużo czasu spędzałam na czytaniu o psychologii, musiałam na krótko wszystko porzucić wracając do normalnego realnego i ziemskiego życia. Prosta praca fizyczna okazywała się tutaj dużą pomocą i lekarstwem.

Stosunkowo duża sprawdzalność moich prognoz, była kołem ratunkowym w moich poszukiwaniach, ale i motorem napędowym.

Ale kilka znaczących faktów po kolei:

Pierwszym takim poważnym doświadczeniem mojej pasji był dzień, w którym zdawałam maturę z języka polskiego. Wtedy wzorowa uczennica, czyli ja… musiała po raz pierwszy na większą skalę doświadczyć, tego, czym może być porażka. Z dzisiejszego punktu widzenia mogłabym określić tą sytuację swojego rodzaju chrztem na drogę mojej pasji.

Bezpośrednio po wyjściu z sali egzaminacyjnej spotkałam mamę mojej bliskiej koleżanki, która chcąc się dowiedzieć, jak mi poszło i co porabia jej córka postawiła mi na ten temat proste pytanie. Moja odpowiedź pozostała na tą chwilę milczeniem, bo w tym samym czasie łzy płynęły mi wielkim grochami i dosłownie w parę minut po wyjściu z sali czułam, że matury nie zdałam. Nie byłam w stanie z nią rozmawiać, wyszłam w biegu ze szkoły i odnalazłam tylko jeden kierunek mojej wędrówki: do domu. W domu zamknęłam się we własnym pokoju i nikt nie miał prawa do niego wchodzić. Tak przepłakałam cały dzień, do wieczora, kiedy moja mama nie wytrzymała i weszła do pokoju, nakazując mi przestać natychmiast panikować, bo po pierwsze nikt nie przeczytał mojej pracy, a do wyników jeszcze trzeba czekać dwa tygodnie, a po drugie skąd takie bzdurne przekonanie. Ale… moje przeczucie i jej dało do myślenia, bo w między czasie bez mojej wiedzy uruchomiała kontakty do znajomych nauczycieli z liceum, od których otrzymała racjonalne wytłumaczenie sytuacji: „ Nie bardzo rozumiem, dlaczego się lękasz, Dorota była od zawsze bardzo dobrą uczennicą, nigdy nie miała żadnych problemów w szkole, więc skąd taka panika na kilka godzin po napisaniu pracy, do wyników daleko.”

Trudno jest taki dzień zapomnieć, nigdy więcej nie zareagowałam „na jedynie domniemaną na wyczucie porażkę” w taki sposób, która z racjonalnego punktu widzenia stała pod wielkim znakiem zapytania, a moja reakcja była wtedy zupełnie ponoć nieadekwatna.

Dwa dni później odbyła się matura z matematyki, mojego ulubionego logicznego konika, a 14 dni później tygodnie później ukazały się wyniki, potwierdzające moje przypuszczenia: j. polski-niedostateczny, matematyka – bardzo dobry.

Reasumując mój chrzest: z racjonalnego punktu widzenia – totalna porażka, emocjonalnie – bolesne doświadczenia …, ale dopiero po dłuższym przetrawieniu tej sytuacji, powstało pytanie, które mnie przez czasy mojej wędrówki i poszukiwań nigdy nie opuściło: skąd ja posiadałam tą wiedzę na temat niezdanej matury z j. polskiego, w jaki sposób się tego w tak szybkim tempie dowiedziałam….?

Na początku mojej wędrówki takim podstawowym elementem inspiracyjnym było samo życie i jego obserwacja. Takich i podobnych sytuacji z bardziej drastycznym oddźwiękiem było wiele, a obserwacja samej siebie w środku realnego życia z upadkami i wzlotami była tym podstawowym elementem, który mnie inspirował.  Daleka byłam od traktowania moich doświadczeń, jako doświadczeń duchowych, jakoby miały by być czymś szczególnym dostępnym jedynie dla wybrańców, bądź czymś w sensie doświadczeń parapsychologicznych. Dla mnie taki stan był czymś zupełnie normalnym, jak część mojej osobowości, bez której nie potrafię sobie wyobrazić życia.

Po drodze trafiałam na różnych ludzi, którzy w większym lub mniejszym stopniu przyczyniali się do rozwoju moich zdolności. Poprzeczka zagadek do rozwiązania z każdym nowym przeżyciem była podnoszona do góry.   Starając się rozgryźć tajemniczą zagadkę jak wiedza na temat przeczuć funkcjonuje doszłam do wniosku, że doświadczałam tego zjawiska systematycznie i nie było to doświadczenie czymś wyjątkowym, bądź pojawiającym się jedynie sporadycznie, co jasno wskazywało, na to, że nie może być czymś szczególnym bądź niezwykłym. W dobie poważnego kryzysu życiowego, moja intuicja manifestowała się w sposób szczególny. Kryzysy w moim życiu, były momentami szczególnymi, to właśnie z porażek czerpałam najwięcej wiedzy o sobie szukając potwierdzenia i rozwinięcia w różnorodnej literaturze. Co więcej moje porażki stały się z czasem poligonem doświadczalnym na samej sobie, oczywiście dopiero po przetrawieniu sytuacji, będąc jednocześnie obiektem badawczym, ale i badającym.  To naprawdę trudne pozostać w takiej sytuacji obiektywnym, ale być może, dlatego, że takie trudne jednocześnie takie pasjonujące.

W chwili totalnego kryzysu sięgnęłam po karty tarota, leczyłam się nimi szukając rozwiązania moich problemów, poznając dogłębniej przy okazji, o co chodzi w tej materii. Dogłębna obserwacja symboli karcianych i interpretacja wprowadziła mnie z zadziwienie, a jeszcze większe zadziwienie wprowadziło mnie poznanie świata ezoteryki, który nie wiele różnił się od innych systemów np. religijnych. Interpretacje tych kart ratowały mi wtedy życie, ale panujące zasady w świecie ezoteryki nie przemawiały do mnie. Karty i symbole karciane stanowiły jedno z moich ogniw poznawczych, które zaprowadziły mnie w świat symboli.

Życie z dosyć poważnymi problemami waliło mi się w całej rozciągłości, ale jakby nie dość tego, bujanie się w chwili kryzysu w świecie kart, symboli, metafor, bajek i wizji poważnie zaburzyło moją równowagę, nawet sama pomyślałam w tym chaosie z wiedzy i nie wiedzy, czas skończyć z tym badziewiem, bo nabawię się, albo już się szaleństwa nabawiłam.

Jednym ratunkiem dla mnie była myśl, którą pielęgnowałam od lat, a która się ciągle w podbramkowych sytuacjach sprawdzała: „Pamiętaj masz więcej szczęście, niż ci się wydaje, a to, co pozornie wydawało się zła decyzją, po czasie okazywało się najczęściej twoim szczęściem.”

Byłam zrozpaczona, życie mi się zawaliło, a moja intelektualna strona, która ciągle domagała się uwagi, też pozostawiała wiele do życzenia. Po nocach śniło mi się, że piszę jeszcze jedną pracę magisterską, której nie mogę dokończyć.

Muszę napisać jeszcze jedną pracę magisterską…? Ciągłe pytanie i systematyczny motyw, który się pojawił w moich snach, a którego wiele lat nie rozumiałam.

Chodziłam do małej, ciasnej i tajemniczej księgarni, położonej na trzech piętrach. Wtedy nie miałam jeszcze internetu, ta księgarnia była miejscem gdzie można było kupić książki, ale właścicielka pozwalała na dłużej zaszyć się w książkach, przysiadając na taborecie w kącie. Pięknie w niej świeżymi książkami pachniało, lubiłam to miejsce.

Literatura ezoteryczna, filozoficzno-psychologiczna wcale nie była wtedy taka oczywista, przynajmniej w tej małej księgarni, więc zasiadałam w takim mieszanym kąciku na ogólne tematy odżywijąco- zdrowotne i często tak przez przypadek dostawało się coś interesującego w moje ręce. Krok po kroku po studiach o żywieniu człowieka zaczęłam wkraczać w nowe sfery anatomii i fizjologii człowieka. Tym razem układ nerwowy i psychologia okazały się równie, a może jeszcze bardziej interesujące.

Ta mała księgarnia i cała panujące w niej atmosfera miała w sobie coś tajemniczego. Przechodząc obok niej musiałam wręcz obowiązkowo choćby na chwilkę wejść. Aby powąchać jak pachną książki, aby przewrócić którąś ze stron w książce, ot tak tylko dla przyjemności lub aby zajrzeć tak na chybił trafił i się dowiedzieć czegoś.

Tutaj trafiłam na teorie Junga, między innymi teorię synchroniczności, która zdawała się już poniekąd wyjaśniać pewne zaobserwowane zależności, tutaj trafiłam na literaturę  Laury Day, która zajmuje się intuicją od praktycznej strony, tutaj prowadziłam wiele realnych rozmów z ludźmi, którzy w prosty i dostępny sposób odpowiadali mi na pytania, na które szukałam odpowiedzi, a z których rodziło się na tyle wiele różnych i skomplikowanych pytań, które mnie w odleglejsze regiony psychologii, religii, duchowości, filozofii, różnych technik komunikacji i wywierania wpływu, zaprowadziło. Tutaj czytałam sporo literatury jedynie powierzchownie, szybko zapominając, kim był autor, wybierając sobie jedynie te elementy, które służyły mi do uzupełnienia obrazu z moich puzzli.

Cała ta wiedza teoretyczna była wprawdzie interesująca i wskazująca na pewne równoległe zjawiska, jak np. potrzeba wiary i różnorodne z tym związane  religie, ale  np.wiedza o  rytuałach, które wykonywane w różny sposób przez różne grupy miały  za zadanie osiągnięcie tego samego celu była zdecydowanie ciekawsza , ta skłaniała mnie w kierunku, który można zweryfikować za pomocą doświadczenia. Wiedza, której istnienie na kawałku papieru jedynie  dla sztuki jej istnienia nie była fascynująca.  Zagadki i tajemnicę, która mogłabym sama  sprawdzić były ciekawsze. Dlatego taka literatura była w moich poszukiwaniach literaturą przewodnią. Książki, w których znajduję  eksperymenty, ćwiczenia, opatrzone teorią i praktyką,  która można sprawdzić za pomocą doświadczenia, połączyć z tym poznanymi, tworząc  własne, sprawdzając czy funkcjonują. Coś w rodzaju książki z przepisami kucharskimi, w której przepis był przepisem, a wykonując go można było się przekonać o smakowitość potrawy, bądź ją wykorzystać, jako podstawę do przerobienia, bądź poprawienia, doprawienia lub dokształcenia się w praktycznej sztuce kulinarnej.

Nie mniej ważna grupę w moich poszukiwaniach stanowił odłam naukowy, bądź ci, którzy w tym kierunku szukają.

Mentalni iluzjoniści, tacy jak Thorsten Havener, sprzedający swoje umiejętności dla celów rozrywki, a wykazujący się niesamowitą wiedzą, którą można zweryfikować i wyjaśnić empirycznie i naukowo. Naukowcy, którzy choć starają się udowodnić, że nic nie jest ważniejsze niż racjonalny umysł, to jednak poszukują na tych dla nich nieodstępnych terenach. Nie mniej ciekawą grupę wśród nich stanowią także ci, którzy za cel stawiają sobie udowodnienie, iż irracjonalizm nie istnieje, a chcą dokonać tego racjonalnymi metodami, nie mniej jednak zadziwiające jak na brak istnienia „tego czegoś” jest ich zagorzałe poszukiwanie i udowadnianie, że to nieistniejące „coś”- nie istnieje. Inna grupa, to tacy naukowcy, którzy zaczynali, jako iluzjoniści, czy tez magicy, jak Richard Wiseman, a których ten kierunek zaprowadził na terytorium psychologii badając zjawiska szczęścia, komunikacji czy też samopomocy. A ponieważ energia podąża za uwagą, to poszukiwaczom zamierzonego celu oczywiście uda znaleźć to, czego poszukują.  Udowadnianie w ramach swoich eksperymentów, w których założenia nastawione są na nieudanie, też się potwierdzą. Lubię naukowe fakty, choć wiem, że nie wszystko można w naukowy sposób udowodnić. Kontrolowane warunki naukowe, nie są koniecznie tym, do czego zmierzam, ale doświadczenie takiego stanu na sobie i własnej skórze jest dla mnie miernikiem funkcjonalności, coś w rodzaju teorii synchroniczności Junga, który wiedział, że synchroniczność funkcjonuje, ale nie przez opisanie jej przez naukowe formuły i definicji, ale przez doświadczenie tego na samym sobie.

Inni inspiratorzy, to naukowcy starający się wyjaśnić zjawisko duchowości, intuicji i telepatii, lekarze wyjaśniający sferę wiary i jej wpływu na zdrowie, jasnowidze i parapsycholodzy pracujący na potrzeby policji, psycholodzy czytający z kart, księża zajmujący się ziołolecznictwem i homeopatią, bądź negujący istnienie klątw i podobnych paradoksów. Taka mieszanka racjonalnego z irracjonalnym jest fascynująca. Taka mieszanka może być ambiwalentna, jednocześnie zdrowa i wybuchowa, bo poprzez swoją różnorodność może wnieść sporo w wyjaśnianiu wielu zjawisk, jak i w przynależnych klasycznych kręgach może wywoływać święte oburzenie, ale… radykalnych autorytetów nigdy nie miałam, a jak się na dłużej zatrzymałam przy jakieś osobowości, to nie omieszkałam tej osoby wziąć pod lupę mojej krytyki. Nie jest to żadną wielką tajemnica, że wiele zjawisk powszechnie uznanych za „para”, można dzisiaj sensownie i empirycznie przy wykorzystaniu olbrzymiego arsenału wiedzy psychologicznej wyjaśnić. I to była ta myśl przewodnia podczas moich poszukiwań.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s