Jeszcze parę słów o zaufaniu… także o zaufaniu do siebie…

2010 Luty 7

 

Notatka o zaufaniu cieszy się ostatnio olbrzymią popularnością. Już od paru dni zastanawiam się skąd takie nagłe zainteresowanie tym tematem. Czyżby doświadczenia ostatnich dni, miesięcy utwierdza ludzi w przekonaniu o rozwijaniu siebie, własnej świadomości, używaniu tych wszystkich organów, które zostały nam podarowane przez matkę naturę, krótko mówiąc rozumu i naszych instynktów. Czyżby doświadczenie ze zjawiskiem ogłupiania społeczeństwa jak to się odbyło w przypadku świńskiej grypy zmuszało w końcu do poszukiwań na własna rękę. Podobnie było po zamachu z 11.09.2001 na WTC, kiedy to wzrosło na większą skalę zainteresowanie ezoteryczną i wróżbiarską branżą. Taki fakt wskazywał wówczas na chęć uzyskania umiejętności przewidywania przyszłości, a przez to umiejętnego wpływania na nią.

To jest z pewnością okazją, aby rozszerzyć moje wcześniejsze rozważania, a te zostały zainspirowane przez dosyć często powtarzające frazy z wyszukiwarek, które kierowały na moją stronę szukając hasła, „Czym jest zaufanie?”, lub „Jak zaufać sobie?”,  szczególnie to drugie było zaskoczeniem , a także bodźcem do skreślenia paru słów.

Z zaufaniem do siebie było zawsze wiele różnych znaków zapytania związanych, na które nie jest łatwo odpowiedzieć, a co więcej nie jest łatwo taki proces świadomie sterować …przynajmniej ja mam takie wrażenie. A opowieści, o tym jak się nauczyć zaufać sobie, bądź innym brzmią dla mnie jak bajka science fiction, którą należy jedynie przeczytać, lub ukończyć kurs X, aby posiąść umiejętność zaufania sobie, bądź innym. Nie jestem tego pewna , czy  można się nauczyć ot tak z biegu na szkoleniu zaufania do siebie, ja raczej  stawiałabym na szkołę życia, która  będzie każdemu i to za darmo zaserwowana, którą trzeba przeżyć i doświadczyć.

Zaufanie zależy od stopnia ważności rozważanej sytuacji.

O ile nie ma ona większego wpływu na własną egzystencją, to stracone zaufanie jest pobudzeniem do działania, a takie można bardzo szybko odbudować. Inaczej jest w sytuacjach, kiedy zagrożona jest egzystencja własna. Tutaj można by długo filozofować i absolutnie nie dojść do sedna sprawy, bo każda taka sytuacja jest kłębkiem współzależność.

Ale czy można odbudować zaufanie do siebie, które w zasadzie powinno się posiadać i być czymś bardzo oczywistym, bo przecież własnym. Jak to jest możliwe, że brakuje na zaufania do siebie i do tego, że podejmowane decyzje, będą tymi właściwymi?

Powstaje pytanie : czy można stracić zaufanie do siebie?

To jest pewnie bardzo paradoksalne pytanie, że strach przed własną niepewnością w podejmowaniu decyzji może paraliżować i stawiać znak zapytania w stosunku do zaufania wobec siebie.

Zastanawiający jest fakt, co jest przyczyną wątpliwości bądź braku zaufania do sobie…? Czy dlatego, że nie wierzymy  w swoją siłę lub  w obliczu przekonań, które nam wpojono w dzieciństwie jest się słabym i niepewnym tego, co jest właściwie, a co nie? Wydawałoby się, że mamy rozum, poczucie własnej wartości, a jednak chyba nas to poczucie czasami zawodzi, nawet na krótko skoro nie jesteśmy pewni siebie i swoich decyzji w momencie, kiedy jesteśmy z taką sytuacją konfrontowani.

To nasze doświadczenia decydują o tym w mniejszym lub większym stopniu, jak szybko potrafimy sobie zaufać i jak szybko jesteśmy gotowi na konfrontację z podobnymi lub nowymi sytuacjami.

A może rozwiązanie jest bardzo proste: istnieją chwile, w których tracimy poczucie własnej wartości, porównując się z innymi czując się w ten sposób lepszy lub gorszy, a może brak wiary w siebie, nie wspominając już o innych czynnikach natury fizyczno-fizjologiczno-psychologiczno-duchowej.

Słowo zaufanie jest nieodłącznie związane ze słowem ufność, ale dopóki nie doznamy rozczarowania, zaufanie pozostaje aktem wiary, czymś abstrakcyjnym. Dopiero to jak przeżywamy rozczarowanie daje nam możliwość stwierdzenia, że świat i my sami w żadnym calu nie jesteśmy doskonali, a interakcje rozgrywają się po obu stronach. To właśnie w ten sposób powstaje pytanie na ile się samemu przyzwoliło na takie stan rzeczy?  I oczywiście czy taki stan można kontrolować…? Ja mam tam swoje wątpliwości

Nasza własna nieobliczalność przed samym sobą sprawia, że mamy wątpliwości.

Pamiętam swego czasu zresztą w bardzo skrajnej sytuacji miałam poważne wątpliwości, co do sytuacji i osoby…? Pytając sama siebie, co mnie niepokoi okazywało się, że niepokoił mnie strach przed samą sobą. Ile czasu musiało upłynąć, aby z całą pewnością stwierdzić, że będę mogła sobie zaufać i nie podejmę przynajmniej w tym wypadku decyzji, która mogłaby mi zaszkodzić. Nie wspominając już o pouczającym działaniu ubocznym.

Cóż to jest takiego, co sprawia, że człowiek przed samym sobą takim słabym się czuje? Dlaczego obawiamy się przed sobą, drży przed sobą w obawie, przed podjęciem niewłaściwej decyzji? 

 A może pewne równoległe, które się w życiu powtarzają lub powracają jak bumerang stawiają nas przed kolejną konfrontacją ze sobą i wiecznie niekończące się próby wystawiania nas na egzamin, który poświadcza, czy jesteśmy panami nad własnym losem i niedoskonałościami.

Pojęcie zaufanie jest ściśle związane z emocjami i wiarą, a wydawałoby się, że leży w sprzeczności z ideą pragmatyzmu, a jednak, bez zaufania nie da się żyć. Pozbawia nas możliwości wejścia w kontakty społeczne, a więc prowadzi do izolacji i samotności.

Ponoć szczęścia można jedynie doznać w nierzadko wrogim świecie, pod warunkiem, że nie będziemy z tym złym światem generalizować doszukując się tylko  zła i manipulacji.  Mimo wszystko nasze marzenia możemy zrealizować tylko i wyłącznie w oparciu o inne osoby, społeczność, środowisko nawet, jeżeli się kłócimy.

Definicja zaufania jest bardzo trudną definicją, a to dlatego, że gdybyśmy założyli, że zaufaniem darzymy osobę, która nie działa przeciwko nam i to bez względu, czy świadomie, bądź nieświadomie, to należałoby się spytać, co zrobić z własną osobą, jeżeli nieświadomie działamy przeciwko sobie.

Czy i kiedy możemy zaufać sobie…?

Może wówczas, kiedy gotowi jesteśmy przejąć odpowiedzialność i konsekwencje za podjęte decyzje w całej swej okazałości, dotrzymując słowa sobie, a może i innym?  Innym wariantem jest slogan „polegać na sobie”, ale czyżby to był tylko nie wiele warty slogan…? Czy jest on odzwierciedleniem przyjaźni do siebie samego? Może warto się ze sobą zaprzyjaźnić …? Tylko jak to uczynić…? Obserwacja siebie i swoich instynktów pozwoliłaby na kontrolę naszych emocji i naszego zachowania. Nie wiem tylko, czy jest ostatecznie możliwa kontrola naszego zachowania. O ile myślę sobie, że częściowa kontrola jest możliwa, to całkowita kontrola siebie nie jest wykonywalna, gdyż natura człowieka jest bardzo złożona, co pozwala kontrolować tylko i wyłącznie wybrany obszar, zazwyczaj wystarczająco bolący i doskwierający. Inne obszary, które nie odzywają się wystarczająco swoim wołaniem wskazują na zadowolenie, a przynajmniej nie wskazują na problemy, co automatycznie wyklucza niejako możliwość lub potrzebę kontrolowania tych obszarów życia.

Zaufanie do partnera, przyjaciół, naszych bliskich, a nawet do samego siebie nie obroni nas ani przed zdradą, ani przed rozczarowaniem. Ale czy to powód, by nikomu nie ufać? Czytaj dalej…

Siła przyciągania w kontaktach partnerskich i międzyludzkich…?

2009 Grudzień 22

 

Shadowscapes Tarot

Ile razy  zastanawialiśmy się, dlaczego weszliśmy w kontakt z takimi, a nie z innymi ludźmi. I czy gdybyśmy na naszej drodze spotkali inne osoby, czy taki stan rzeczy by coś zmienił w przebiegu naszego życia…? I tak jak z niektórymi ten kontakt jest przepełniony radością, ciepłem, pięknem, kiedy to małe konflikty nie mają jakby znaczenia, wręcz przeciwnie są wzbogaceniem, tak w innych przypadkach po czasie zastanawiamy się, dlaczego i czy nie byłby lepiej gdybyśmy tego kogoś nigdy na swojej drodze nigdy nie spotkali…? Ileż to razy zastawiamy się, jaką reakcje miał wywołać ten człowiek, które przebiegł nam przez bardzo szybko przez życiorys i albo się na dłużej zatrzymał stając się jednocześnie w każdym przypadku cząstka tego życia. Przyglądając się: czy oby sobie na pewno poszedł, bo tak naprawdę był tylko epizodem, czy jednak pozostał, aby odegrać lub odgrywać nadal swoją rolę, jaka by ona nie była większa lub mniejsza. Jaką rolę by nie odegrał, wywołuje ona emocje, ale jakie…? Pewnie w każdej chwili i w każdym  wypadku bardzo mieszane.

Jak siła przyciąga nas ludzi do siebie i dlaczego…?

Siła przyciągania między dwiema osobami zaczyna się od odczuwania przyjemności, radości i w jakiej formie ta radość by nie funkcjonowała, ma ona olbrzymie znaczenie w nawiązywaniu kontaktu z przybyszem pojawiającym się w naszym życiu. A ta zazwyczaj wynika ze swego rodzaju atrakcyjności, którą świadomie, bądź nieświadomie prezentuje nam określona osoba.

Siła przyciągania nas do odpowiedniej osoby wynika w sumie z bardzo prostej zależności. Czujemy siłę przyciągania do osób, które nas potwierdzają w naszym własnym przekonaniu i wyobrażeniu o sobie. Prosto mówiąc ktoś, kto nam potwierdza nasze własne widzenie samego siebie będziemy darzyć szczególnym względem i sympatią.

 Kiedyś spotkałam z twierdzeniem, że potwierdzanie nas w naszym oczekiwaniu i przekonaniu o nas samych wywołuje reakcję przyciągania.  Jednym słowem czujemy przyciąganie do tych ludzi, którzy nas tak widzą, jak my chcemy być sami widziani. Tylko, co się dzieje z tymi, którzy stawiają sprzeciw i nie potwierdzają nas w naszym wyobrażeniu o nas samych..?

Taki wyidealizowany obraz samego siebie jest oczywiście najczęściej przeciwieństwem, tego, w co wierzymy lub chcemy wierzyć i kim jesteśmy. Jak sami siebie widzimy, a jak widzą nas inni?

 Siła przyciągania między ludźmi odbywa się na czterech płaszczyznach: fizycznej i cielesnej, fizjologicznej, psychologicznej i duchowej.

W zależności od sytuacji, może jedna z tych płaszczyzn przeważać, ale w zasadzie żadna z tych płaszczyzn nie może być niezależną i działać w odizolowaniu od innych płaszczyzn. I tak np. pewne psychologiczne komponenty mogą wzmocnić komponenty fizjologiczne, bądź może być również odwrotnie.

Każdy z nas jest skomplikowanym systemem, w których wszystkie komponenty są ze sobą powiązane i razem pracują.

Płaszczyzna fizyczna jest jedną z ciekawszych płaszczyzn, to cielesne wskaźniki działają przyciągająco na człowieka, czy to uśmiech, czy to piękne oczy, nogi, ręce i specyficzne wskaźniki tych organów, które działają przyciągająco na człowieka. Wprawdzie te elementy są właściwie związane z poczuciem własnej estetyki, jednakże własna estetyka jest jak najbardziej w większości z uwarunkowaniami fizjologiczno – psychologicznymi związana.

Płaszczyzna fizjologiczna – ponoć naukowe badania dowodzą, że szukamy partnerów życiowych o zróżnicowanym materiale genetycznym, niektórzy na tej podstawie, twierdzą o przeciwieństwach, które się przyciągają. Z ewolucyjnego punktu widzenia można wyjść z prostego założenia, że taki stan jest dla natury bardzo pożądany, gdyż spotkanie podobnych genów, mogłoby mieć katastrofalne skutki dla przeżycia danego gatunku.  Tej naturalnej selekcji nie jesteśmy świadomi i dobrze, że tak jest. Nikt praktycznie nie jest świadom swojego materiały genetycznego, za to jesteśmy skazani na nasze zmysły, które są jakby papierkiem lakmusowym, aby stwierdzić, czy potencjalny partner jest tym odpowiednim parterem. Tutaj odgrywa rolę  zmysł węchu , który  podczas jajeczkowania(owulacji) u kobiet jest szczególnie wrażliwy, co z punktu widzenia rozrodczości ma ważne znaczenie.

Płaszczyzna psychologiczna – w kontaktach międzyludzkich wyszukujemy sobie partnerów, którzy odpowiadają do naszego emocjonalnego stopnia rozwoju i naszym bardzo indywidualnym psychologicznym obrazom.  Czasami czujemy przyciąganie do ludzi, którzy umożliwiają nam stare konflikty rozwiązać, te, które mogą pochodzić jeszcze z wcześniejszych bardzo intymnych związków, a mianowicie tych związanych z naszymi rodzicami, bądź rodzeństwem.

Często jest tak, że wybiegamy sobie partnerów, którzy pomogą nam nasze wprawdzie fałszywe, ale bardzo lubiane przez nas obrazy samego siebie lub naszego nastawienia do życia potwierdzić. Takim typowym przykładem jest para, w którym jeden z partnerów jest zdecydowanie starszy. Często starszy partner najczęściej mężczyzna wybiera młoda partnerkę, aby się potwierdzić, że się nie starzeje, kiedy zdecydowanie młodsza kobieta, bo wychodzi z założenia, że nie jest sama w stanie tak zadbać o siebie, tak jak to zrobi dojrzały mężczyzna.

Oczywiście wzajemna siła przyciągania jest wspomagana przez wiele nieświadomych mechanizmów, ale wydawałoby się im bardziej dojrzali jesteśmy zarówno biologicznie jak i psychicznie, wyszukujemy sobie partnerów, którzy reprezentują te wartości, które dla nas są ważne. Dopiero wtedy, gdy dotrzemy do tego punktu dojrzałości, nie musimy żyć naszymi nieświadomych psychicznych mechanizmów. Jeżeli sobie uświadomimy, czego szukamy w partnerze i jeżeli z tym obrazem będziemy pracować na emocjonalnej, psychicznej i intuicyjnej płaszczyźnie, to zaczynamy się bardziej z naszymi świadomi zamiast nieświadomymi potrzebami,

Płaszczyzna duchowa - czasami warto zrobić rachunek sumienia w stosunku do własnych przekonań i wartości. Co jest dla mnie ważne? Jakimi motywami kieruję się podczas mojego postępowania?

Jeżeli wyjdziemy z prostego założenia, że przyciągamy dokładnie te osoby, które potwierdzają wyobrażenie o nas samych, to czy jest możliwa zmiana tego wyobrażenia o sobie i w jakich ramach jest to możliwe, na obraz, który odpowiada rzeczywistemu realizmowi i czy jesteśmy w stanie ten niedoskonały obraz samego siebie zaakceptować. A na ile można zaakceptować obraz samego siebie ten, który jest w naszej świadomości, jak i w naszej podświadomości, ten, który jest tylko wyobrażeniem o nas samych, a który odpowiada rzeczywistości, a który jest nie zawsze łatwy do dostrzeżenia, a jeszcze więcej odwagi jest potrzebne, aby samego siebie ze swoim obrazem z podświadomości konfrontować, bo to są często te części naszego jestestwa, które bolą.

Świątecznie…

2009 Grudzień 12
Autor: Dorota

Trylogia – przeszłość

2009 Grudzień 7

Fenestra tarot

Przeszłość, to, co było minęło, ale czy rzeczywiście minęło…

…wiesz tak się zastanawiałam, zaufanie sobie, zasady moralne, etyczne, związanie się z przeszłością, wracanie do niej czy to nie hamuje naszego rozwoju, czy nie ogranicza naszych pragnień, czy nie blokuje realizacji marzeń???……(Autor – Tamara)

Problem przeszłości polega na tym, że ona zawsze żyje wśród nas aktywnie lub mniej aktywnie. I czy nam się to podoba, czy też nie. Niby to tylko chwile, a jednak gdzieś tam w pamięci utrwalone.

Wydarzenia przeszłości nie zawsze są dla nas tylko wydarzeniami, które gdzieś tam były i minęły. Tak długo jak jest mowa o wydarzeniach, które były dla nas emocjonalnie bez znaczenia, nie mają te wydarzenia większej wartości. Są niejako pustką… było i minęło.

Ale w momencie, kiedy  sytuacje  z przeszłości są z emocjami związane,  nabierają one dla nas zupełnie innego wymiaru, te wydarzenia nabierają konkretnej wartości.

Dwie główne sfery emocji: ta czarująca uśmiech, która związana z przyjemnością, rozkoszą i zadowoleniem, oraz ta negatywna, w której cierpienie, niezadowolenie, przykrości i łzy są tymi głównymi wyznacznikami. Nie zmienia to faktu, że w obu przypadkach emocje wzmagają naszą aktywność, pobudzając  do działania w stosunku do siebie i otoczenia.

Przeszłość, to nic innego jak bieg naszego życia, który nas kształtuje, to wszystkie te zdarzenia, które minęły. To sytuacje, w których wchodząc w interakcję z otoczeniem i naturą zostaliśmy ukształtowani, lub sami się  ukształtowaliśmy, a może jesteśmy czymś pośrednim, między zostaliśmy ukształtowani, a ukształtowaliśmy się sami, jak kto woli.

Wchodząc w oddziaływanie z otoczeniem każdy z nas jest bohaterem głównym lub drugiego planu i w zależności, w którym miejscu rozgrywa się w danej chwili punkt kulminacyjny akcji, nikt z nas  nie zajmuje stałej pozycji w życiu i właśnie te wahania, to balansowanie na linie życia nadaje smaku  tworzącej się przeszłości.

Zapomnieć historię naszego życia, to … no właśnie, co? Powstaje pytanie na ile warto je zapomnieć, a na ile warto pielęgnować pamięć minionych wydarzeń. I czy możne rzeczywiście zapomnieć historię naszego życia..?

Ale przecież wszystko, co  na tablicy naszego życia zastało zapisane  ma konkretną wartość.

Wartość, z której możemy się uczyć, aby kształtować korzystniejszą dla nas teraźniejszość i przyszłość, przynajmniej w zasięgu możliwości, w których sami podejmujemy decyzje, w którym czerpiemy z doświadczeń życiowych przeszłości lub po prostu upajać się bytem takiej, a nie innej przeszłości.

Wydawałby się, że stała równowaga wolna od negatywów jest tym doskonałym środkiem na szczęśliwe życie, ale tak nie jest, bo do wypełnienia sobie naznaczonych lub wymarzonych zadań potrzebne są przeciwności. Jeżeli uznamy i zaakceptujemy przeciwności w życiu i będą miały okazję oscylować między dobrem i złem, bezpieczeństwem i ryzykiem, bądź burzą i ciszą mamy szansę na znalezienia szczęścia gdzieś w środku podczas balansowania przeciwności, pod warunkiem, że je dostrzeżemy. Reakcja wywołująca emocje powoduje kontrakcje, te ważne i mniej ważne, a jednak często konieczne, choć radosne lub bolesne.

Powrót do przeszłości jest konieczny, jeżeli chcemy rozwiązać problem, którego korzenie leżą jeszcze w odległych czasach.

Czas i emocje – to czynniki wypływające na pamięć o przeszłości.

Owszem przeszłość może hamować nasz dalszy rozwój, może ograniczać nasze pragnienia i blokować realizacje marzeń, jeżeli nie przestaniemy bezustannie żyć przeszłością. Tylko jak to zrobić … i czy jest to ostatecznie możliwe…?

Bo to, co było przyjemnie, będzie dalej przyjemnie wspominane, ale ból będzie nadal bólem, choć nic nie jest tylko i wyłącznie jednoznaczną wartością dającą nam w  punkcie zaczepienia swoiste poczucie bezpieczeństwa, że tak było i tak musi pozostać.

Jedyną możliwością jest uruchomienie maszynerii procesu wybaczania sobie i innym. By w ten sposób, nie dopuść, żeby ta nieprzyjemna przeszłość dominowała naszą teraźniejszość. Nie ma innej drogi, aby się od zbędnego ciężaru przeszłości uwolnić, tą jedyną drogą jest wybaczanie.  Jak dla mnie proces wybaczania nie jest wielce uduchowionym procesem, a raczej aktem zdrowego egoizmu, aby radzić sobie z negatywnymi doznaniami z przeszłości? Żyjąc wiecznie przeszłością i jej emocjami, nie bylibyśmy w stanie postawić kroku do przodu, nie moglibyśmy zrealizować swoich potrzeb i swoich marzeń.

Utrwalanie przeszłości.

Stosunek do przeszłości jest różnorodny u każdego z nas, ale i ten zmienia w zależności od czasu i emocji związanych z przeszłością. Są osoby, które na krótko zanurzają się w przeszłości, wyciągając z niej wnioski, aby patrzeć ufnie na dzień obecny i przyszły, ale i są osoby, które się wręcz pogrążają w przeszłości wspominając ją bez ograniczeń, pobudzając w ten sposób własny lęk i niepokój, pozbawiając się szansy na przeżycie, nowych równie ważnych, interesujących doświadczeń, przygód, doznań. Przeżycia z przeszłości są tak długo ważne i aktualne, jak długo wspomnienie o niej wywołuje takie same lub podobne emocje, których doznaliśmy przeżywając je w aktualnej chwili.

Jeżeli jesteśmy tylko w pełni przeszłością, żyjemy przeszłością i jej emocjami, nie mielibyśmy szansy na poznanie uroków dzisiejszego życia.

Przeszłość to nasze zbiory, fotografie utrwalające wydarzenia, ludzi, przedmioty, czy też myśli, które są przelewane na papier stanowiąc dowód zaistniałych zdarzeń. Przeszłość to nasz dom i wszystko, co się w nim znajduje, nagromadzone przedmioty, które jakby mówiły o sobie i jednocześnie o historii, która jest z nimi związana. Spacery po znanych i lubianych miejscach to również miejsca przeszłości, która nas kształtowała, a po których się przechadzamy z odpowiednia częstotliwością, bo z nimi  są przeżycia i historie związane. Wszystko to mówi o naszej przeszłości i trudno jest się od niej odizolować, o ile mowa jest o nieprzyjemnych sytuacjach, ale któż nie wraca chętnie do tych chwil, które wywołują ciepłe, przyjazne wspomnienia, w których wyczuwalna jest czułość, serdeczność, w takim momencie ja również potrafię się zanurzyć na dłuższą chwilę, zapominając o dniu dzisiejszym, aby  pielęgnować przyjemności, doznając w ten sposób radości życia.

Notatka przeniesiona z mojej starej strony i na nowo opracowana.

Ścieranie się wewnętrznych wartości, czyli pochwała niedoskonałości

2009 Listopad 17

 

 

Życie kojarzy mi się niekiedy z kostką Rubika. Jest albo bardzo skomplikowane, albo zupełnie proste, a może inaczej pozornie proste, a jednak  tak  bardzo wielowymiarowe. Tak długo jak się nie zna obsługi siebie samego, przynajmniej w zarysie, jest ono bardzo chaotyczne, zawikłane i zupełnie niepoukładane. Natomiast jak się nieco ze sobą samym zapoznamy i coś z własnej osoby zrozumiemy, to może być, co pewien czas  łatwe, ciekawe, zaskakujące, przepełnione dobrą zabawą no chyba, że trafimy na sytuację, z którymi sobie nie radzimy, bo są nowe i jak grom z jasnego nieba zawitały w naszym życiu, które nie jest przecież linią prostą.

Pisałam już kiedyś o tym, że są sytuacje, z którymi sobie nie radzimy, przynajmniej w pierwszej chwili konfrontacji, a które są jak fatum gdyż pojawiają się nagle i niespodziewanie, najczęściej w momencie, kiedy nie liczyliśmy się z taką sytuacją. Czy to dobrze, czy źle…? Chyba normalne, bo wynikające z naszej niedoskonałości.

Wiadomą sprawą jest, że każda dziedzina życia posługuje się systematyzując swoją wiedzę pewnymi prawami, a znajomość tych praw jest wspaniałą sprawą ułatwiająca nam życie, pod warunkiem, że znajdziemy się w sytuacjach, nad którymi możemy z zamkniętymi oczami zapanować. W sytuacjach dla nas obcych(np. zupełnie nowe wyzwania życiowe), znajomość tychże praw nam nie wiele pomoże, przynajmniej do chwili, kiedy nie zostaliśmy na żywo z  sytuacją skonfrontowani , nie wiemy, jakie prawa wobec siebie lub sytuacji zastosować, choćbyśmy nie wiem, jaką znajomość praw z różnych dziedzin życia posiadali.

Czy niedoskonałość jest podstawą zdrowia psychicznego…?

Owszem, ważyłabym się to zdanie potwierdzić ze zdecydowanym tak, mamy prawo do własnych słabości, są one wręcz czymś bardzo kosztownym, gorzej jest jednak jak sytuacje nad nami zapanują i nie potrafimy wyjść z takich sytuacji, taki złotym środkiem jest doświadczenie, a z doświadczenia rodzi się moc do podjęcia decyzji i działania.

I choć najczęściej szuka się wzoru na doskonałe życie, należałaby sobie zadać pytanie, czy właśnie szukanie tego wzoru na doskonałe życie nadaje jakikolwiek sens…? Sensu można się doszukiwać w samym szukaniu, gdyż potrzeba zmusza nas do rozwiązania, ale krótkotrwała ulga na wskutek doznania stanu doskonałego, nie daje jeszcze gwarancji na równie dalsze doskonałe doznania, a porównywalnie gorsze lub lepsze.

Doskonałość nie zna wad, przerażająca wizja. Perfekcjonizm ograniczający życie, jest raczej hamulcem życiowym.

Niedoskonałość zna wady. A może to niedoskonałość jest tą doskonałością, bo pozwala szukać, walczyć, budować, tworzyć, poddać się przygodom życiowym, jakby były czymś szczególnym i wartościowym.

I co zrobić z tym pakietem wad. Pozostawić tam gdzie są nadając  goryczkowatego i pieprzykowatego posmaku życia, czy jednak dążyć do wszelkiej doskonałość, pozbycia się ich i świadomego przerobienia, o ile taka jest możliwa lub niemożliwa.  Czy może zaakceptować powstające w wyniku tego procesu możliwości jak i niemożliwości? Bo najpóźniej tutaj można się zastanowić nad faktem, czy eliminacja własnych słabości nie zostanie zastąpiona porównywalnie innymi…?

Wchodząc w kontakt z osobami bez względu na to, z kim wchodzimy w kontakt emocjonalny, oczywiście nie jest taki koniecznością, ale kontakt emocjonalny nadje barwy, smaku, jakie one by nie były. Nawet, jeżeli kontakt z taką osobą się urwie, to emocje pozostają, z przeszłości, gdzieś tam w głębi serca, rozumu, są doświadczeniem z pewnością kosztownym, tylko bardziej, co pamiętamy wady, czy zalety…?

Pewnie może by na ten temat następną rozprawę napisać. Analitycy, do których i ja (czasami niestety) należę kochają porządek i zaszufladkowanie wszystkiego na swoim miejscu, ale czy taka segregacja ma jakikolwiek sens…?  Choć … pociągająca jest dla mnie wizja totalnego chaosu, który czasami chętnie w moim życiu pielęgnuje, aby go móc przy nadarzającej się okazji uporządkować. Z tym porządkowaniem powstaje jednak również problem, bo im dłużej się porządkuje, tym więcej niedociągnięć się spotyka.

Pewna dama ostatnio zawracała mi głowę tematem, który z mojego punktu widzenia nie był ważny. Po czym krótko i węzłowato skwitowałam, czy nie widzisz, że ten temat jest mało ważny, więc nie warto sobie głowy tym zaprzątać. Przystanęła popatrzyła na mnie i  dodając: w sumie masz rację, mój perfekcjonizm mnie bardzo męczy. Dwa dni później sytuacja się dokładnie odwróciła. Bieg wydarzeń zmusił mnie do powrotu, do tego samego tematu, więc zaczęłam sytuację analizować z różnych punktów widzenia. Hm…, gdyby nie ta sama osóbka, która podeszła do mnie, przyjrzała mi się i krótko stwierdziła. Czy nie widzisz, że ten temat jest bardzo mało ważny, bo zakończył się dokładnie dwie godziny temu…?  Stanęłam przyglądam się jej, a ona krótko i węzłowato: tego się od ciebie nauczyłam! No brawo – pomyślałm sobie i głośno dodałam.  Oczywiście, że miała rację i mnie strasznie rozbroiła takim szybkim uczeniem się, nie zmienia to faktu jednakże, że tego dnia mogłam tak zupełnie świadomie w praktyce dostrzec jak ważne są emocje, podczas dążenia do rozwiązania zagadki,  stwarzając obraz napięcia w organizmie, których to nie można ot z minuty na minutę u nikogo wyeliminować.

Naturalnie powstaje problem z tego typu analizą, gdyż im bardziej pracuje się nad stworzeniem własnego doskonałego obrazu sytuacji, szukając odpowiedzi na pytania, napotykamy na drodze coraz to nowe drogowskazy, które zazwyczaj kryją za sobą nowe tajemnice, w ten sposób można się bawić w nieskończoność. Wydawałoby się ze rozwiązanie jednej zagadki pozwoli nam na rozsupłanie węzła, tylko najpóźniej tam pojawiają się kolejne, które trzeba rozsupłać.

Im więcej pytań, na które szukamy odpowiedzi, tym jeszcze więcej powstaje dylematów, niewiadomych.  Czy warto szukać odpowiedzi, czy zdecydowanie łatwiej jest żyć w nieświadomości…? Pozornie wydawałby się, że nie ma sensu tego robić, gdyż nie da się zgłębić, wszystkich relacji międzyludzkich, które to kształtują nasze życie. Tyle ile ludzi, tyle różnych zdań, opinii, tyle różnych wizji rzeczywistości, z każdym można długo dyskutować na te tematy i albo się dojść, albo nigdy nie dojść do porozumienia.

Rozwój jest dobrym doradcą, ale złym panem, wyczytałam kiedyś na jakiejś stronie, nie pamiętam jednak, na której i mogę się w 100% procentach podpisać pod tym stwierdzeniem.

Homeostaza życiowa.

Mówi się, że homeostaza w organizmie potrzebna jest do prawidłowego funkcjonowania organizmu, a co się z tym wiąże zdrowia organizmu, należałoby się jednakże zastanowić, czy egzystuje coś takiego jak doskonały stan zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Tym bardziej, że struktura naszego organizmu się praktycznie codziennie zmienia i nie jest wartością stałą, stąd osiągnięcie stanu homeostazy jest w zasadzie tylko częściowo możliwe. Jak i ciekawą sprawą jest na ile homeostaza gwarantuje nam na dłuższą metę postępy w życiu…? Ja mam raczej wątpliwości, jeżeli chodzi o postępy życiowe na wskutek równowagi w organizmie, co nie znaczy, że organizm nie potrzebuje spokoju. Relaks jest przeciwieństwem działania, jak i równowaga jest przeciwieństwem napięć, jakie powstają w życiu, pod warunkiem, że je zaakceptujemy, że są i za wszelka cenę nie będziemy się strać ich pozbyć, zniszczyć lub udawać w imię pozornego spokoju, że ich nie ma.

“Podstawą zdrowia psychicznego jest pewien stopień napięcia – rozdźwięk pomiędzy tym, co już osiągnęliśmy, i tym, co jeszcze musimy osiągnąć, albo tym, kim jesteśmy, a kim być powinniśmy. W kwestii higieny psychicznej za wysoce błędne i niebezpieczne uważam przekonanie, jakoby człowiek potrzebował przede wszystkim równowagi lub, jak to się określa w biologii “homeostazy” rozumianej, jako stan pozbawiony wszelkich napięć. Tym, czego człowiek naprawdę potrzebuje jest raczej wewnętrzna walka, dążenie do osiągnięcia wartościowego dlań celu czy realizacji swobodnie wybranego zadania. Tym, czego potrzebuje, nie jest rozładowanie za wszelką cenę wewnętrznych napięć, lecz wezwanie do wypełnienia potencjalnego sensu. Sens zaś zmienia się nie tylko z dnia na dzień i z godziny na godzinę, lecz także od człowieka do człowieka. Dlatego liczy się przede wszystkim to, co w danym momencie ma znaczenie w życiu konkretnej jednostki. Każdy z nas ma do wykonania wyjątkowe zadanie, nie dostaniemy drugiej szansy, więc jest wyjątkowa okazja, aby je wykonać.”

Ten cytat,  pochodzący  z: Viktor E. Frankl, “Człowiek w poszukiwaniu sensu”, z którym mogłabym się identyfikować zapożyczyłam sobie ze strony Porcelanki.

Życie jest po to, aby z niego korzystać w pełni, na ile się da, na ile posiada się możliwości i chęci do własnego działania, do realizacji własnych zamiarów, talentów. Pozwolić sobie na błędy, porażki własne słabości, przy jednoczesnym korzystaniu z życia, którego, na co dzień trzeba aktywnie posmakować, powąchać, usłyszeć, dostrzec, czuć w pełni swojej niedoskonałości i doskonałości.